Administracja przecudnie publiczna,
Działalność jej dla ludu- od władzy.
Zdefiniowanie jej filozofom się marzy,
Lecz błędnych definicji - liczba liczna!
Podręczniki traktują liczne i piękne,
O jej istocie, niestety- błędnie traktują.
Ale o jednym jednak Persowie plotkują!
Administracja piękna! Definicje- biedne!
A ja dla wzniosłości administracji publicznej,
Persów nad jej wspaniałością zachwyt spiszę,
Notując uważnie, żadnego OH! i AH! nie pominę,
Więc niech te krótkie czternaście wersów,
Spiżowym będzie pomnikiem chwały, Publicznej
Administracji wszelakiej- nie tylko Persów.
sobota, 7 listopada 2015
sobota, 17 października 2015
Samotne w tlumach slowa
Ile razy wśród tysięcy podobnych,
Rozpaczliwie krzyczę; Samotny.
Nieznośny smutek- pozornie drobny,
Czyni z nas niezwykle zranionych.
Ściśnięci jak w puszce sardynki,
Widzimy pustą przestrzeń wokół.
Jednak obróciły to wszystko w popiół,
Dla mnie, twoich ramion dźwięki.
Rozpaczliwie krzyczę; Samotny.
Nieznośny smutek- pozornie drobny,
Czyni z nas niezwykle zranionych.
Ściśnięci jak w puszce sardynki,
Widzimy pustą przestrzeń wokół.
Jednak obróciły to wszystko w popiół,
Dla mnie, twoich ramion dźwięki.
niedziela, 11 października 2015
Esy floresy, dym i niekonieczne magorie
Czas, powolny, niezbadany.
Ucieka jak dym.
Rzekomo raz tylko nam dany,
nietrwałości w wieczności dym.
Rozpływa się w każdej jednostce,
Żyjemy dniami i nocami,
Godziny oddajemy błahostce,
Miesiące chowamy pod kocami.
Niepotrzebnie liczymy,
Ile jeszcze zostało, jak długo czekać.
Czy jego upływu tak bardzo się jeszcze boimy,
Gdy na jego upłynięcie konieczność każe czekać?
Zmarnowany dym.
Puszczone z dymem.
Czekanie na dom,
Walka z domem.
Wieczne czasu zabijanie,
Każdej sekundy staranne odzyskiwanie.
Ucieka jak dym.
Rzekomo raz tylko nam dany,
nietrwałości w wieczności dym.
Rozpływa się w każdej jednostce,
Żyjemy dniami i nocami,
Godziny oddajemy błahostce,
Miesiące chowamy pod kocami.
Niepotrzebnie liczymy,
Ile jeszcze zostało, jak długo czekać.
Czy jego upływu tak bardzo się jeszcze boimy,
Gdy na jego upłynięcie konieczność każe czekać?
Zmarnowany dym.
Puszczone z dymem.
Czekanie na dom,
Walka z domem.
Wieczne czasu zabijanie,
Każdej sekundy staranne odzyskiwanie.
czwartek, 24 września 2015
Pusty wiersz
Słowa gubią się,
Wdają z wiatrakiem w walkę.
W ścianę niczym groch,
Krótki, radosny żalu szloch.
Nie oddają pustki,
Nie ujmują nieujętego,
Nie wyrażają tego złego,
Co na dobre przyniósł lot jaskółki.
Bardzo chcą złapać żałosne coś,
Czego złapać się nie da.
Puste minuty, godziny i życia.
Wdają z wiatrakiem w walkę.
W ścianę niczym groch,
Krótki, radosny żalu szloch.
Nie oddają pustki,
Nie ujmują nieujętego,
Nie wyrażają tego złego,
Co na dobre przyniósł lot jaskółki.
Bardzo chcą złapać żałosne coś,
Czego złapać się nie da.
Puste minuty, godziny i życia.
czwartek, 2 lipca 2015
Kuleczka
Nieudolnie trzymana w palcach,Biała, zdawałoby się nijaka,
Życia możliwości kuleczka.
Dobrze rzucona daje możliwości,
Tysiące, miliony niezliczone,
Źle- trafia między kuleczki spartaczone.
I patrzy pytająco przerażonym wzrokiem,
Na niedbałego, beztroskiego rzucacza.
A on ledwo zauważa gdzie ona się zatacza.
Nie potrafi dostrzec mnogości wyboru,
Docenić życia przepięknej kuleczki,
Woli mamić rzeczywistość tanim piwem z beczki.
Życia możliwości kuleczka.
Dobrze rzucona daje możliwości,
Tysiące, miliony niezliczone,
Źle- trafia między kuleczki spartaczone.
I patrzy pytająco przerażonym wzrokiem,
Na niedbałego, beztroskiego rzucacza.
A on ledwo zauważa gdzie ona się zatacza.
Nie potrafi dostrzec mnogości wyboru,
Docenić życia przepięknej kuleczki,
Woli mamić rzeczywistość tanim piwem z beczki.
środa, 17 czerwca 2015
Fantasmagorie
Leżąc, bezsennie patrząc na godzinę,
Ulatują mi z głowy fantasmagorie.
Rzucając się cieniem na rodzinę,
Przyszłość, życie i inne kategorie.
Fantasmagorie ciemne jak kawa,
Tak mocna, że lepi się do krawędzi kubka.
I prawdę mówiąc męczy mnie ich sprawa,
Bo ciągle próbują zrobić ze mnie dupka.
Uwielbiają zaczerniać rodzinne obrazy,
Podkreślając każdą moją nieobecność.
Przyszłości też nie pozostawiają bez zmazy,
Grożąc, że w Twoim życiu na nic będzie moja obecność.
Nie pozostawiają na nas żadnej jasnej plamki,
Podszeptując, że nie tacy już się poddali.
Zabraniają mi zaciągnąć na serce firanki,
Oddzielającej mnie od tego co pozostało w oddali.
Nienawidzę tych ciemnych, okropnych głupot,
Które w nocy uwielbiają rozlewać swój stukot.
Ulatują mi z głowy fantasmagorie.
Rzucając się cieniem na rodzinę,
Przyszłość, życie i inne kategorie.
Fantasmagorie ciemne jak kawa,
Tak mocna, że lepi się do krawędzi kubka.
I prawdę mówiąc męczy mnie ich sprawa,
Bo ciągle próbują zrobić ze mnie dupka.
Uwielbiają zaczerniać rodzinne obrazy,
Podkreślając każdą moją nieobecność.
Przyszłości też nie pozostawiają bez zmazy,
Grożąc, że w Twoim życiu na nic będzie moja obecność.
Nie pozostawiają na nas żadnej jasnej plamki,
Podszeptując, że nie tacy już się poddali.
Zabraniają mi zaciągnąć na serce firanki,
Oddzielającej mnie od tego co pozostało w oddali.
Nienawidzę tych ciemnych, okropnych głupot,
Które w nocy uwielbiają rozlewać swój stukot.
piątek, 3 kwietnia 2015
Porannemu do kawy papierosowi.
Pierwszy cięższy oddech delikatnie popycha,
W morfinowo-petydynowe morze nieobecności.
To z nim wizja wnuków dorosłości,
Powoli, nieodwracalnie zdycha.
I żarzy się śmierć między palcami,
Od końca do początku skracając dystans.
Pędzi miarowo ten końca dyliżans,
Napędzany nie zrobionymi z igły widłami.
Przecież niezbyt często palona igła,
Nie może pchać w niebytu ramiona.
A koniec sunie; okrutność losu podła.
Ta iglana wiara okazała się chybiona.
Kolejny fragment zmieniony w dym;
Znika w rozmyciu starość godna,
Jej obraz zostaje jedynie rozmyciem bladym.
Śmierć ciągle głodna.
Przyśpiesza w swym pędzie ku początkowi,
Dokonując dzieła głupiego samozniszczenia.
Spopiela wnuki, wypala z ich narodzin wzruszenia.
Już można przyglądać się pędzącemu końcowi.
Rozpędem wpada na śluby dzieci,
Miażdży je jednym oddechem.
I gnając dalej zamienia w śmieci,
To co ukochanej osoby uśmiechem.
W morfinowo-petydynowe morze nieobecności.
To z nim wizja wnuków dorosłości,
Powoli, nieodwracalnie zdycha.
I żarzy się śmierć między palcami,
Od końca do początku skracając dystans.
Pędzi miarowo ten końca dyliżans,
Napędzany nie zrobionymi z igły widłami.
Przecież niezbyt często palona igła,
Nie może pchać w niebytu ramiona.
A koniec sunie; okrutność losu podła.
Ta iglana wiara okazała się chybiona.
Kolejny fragment zmieniony w dym;
Znika w rozmyciu starość godna,
Jej obraz zostaje jedynie rozmyciem bladym.
Śmierć ciągle głodna.
Przyśpiesza w swym pędzie ku początkowi,
Dokonując dzieła głupiego samozniszczenia.
Spopiela wnuki, wypala z ich narodzin wzruszenia.
Już można przyglądać się pędzącemu końcowi.
Rozpędem wpada na śluby dzieci,
Miażdży je jednym oddechem.
I gnając dalej zamienia w śmieci,
To co ukochanej osoby uśmiechem.
czwartek, 2 kwietnia 2015
Ojczyzna?
Dorastając w miejscu gdzie narzuca się nam,
By wyrastać szybko z sennych, dziecięcych marzeń.
Mijając drogą setki dawno zamkniętych bram,
Dawniej otwartych dla innych bożych stworzeń.
Oglądając jak kawałek po kawałku grabione,
Jest to, co przez dziadków z lat dawnych tak zaciekle,
Bronione. Nie rozumie się z czego zostało zrobione,
Słowo ojczyzna. Dzisiaj gnojone przewlekle.
Chusteczka do gęby kolejnych złodziei,
Potrafiących zadbać jedynie o swoje interesy.
Ojczyzna- dla młodych synonimem stała się beznadziei,
Godnym jedynie pożałowania, bez granic- emigracyjne otwierają biznesy.
By wyrastać szybko z sennych, dziecięcych marzeń.
Mijając drogą setki dawno zamkniętych bram,
Dawniej otwartych dla innych bożych stworzeń.
Oglądając jak kawałek po kawałku grabione,
Jest to, co przez dziadków z lat dawnych tak zaciekle,
Bronione. Nie rozumie się z czego zostało zrobione,
Słowo ojczyzna. Dzisiaj gnojone przewlekle.
Chusteczka do gęby kolejnych złodziei,
Potrafiących zadbać jedynie o swoje interesy.
Ojczyzna- dla młodych synonimem stała się beznadziei,
Godnym jedynie pożałowania, bez granic- emigracyjne otwierają biznesy.
sobota, 28 marca 2015
Niebieskie pokolenie
Straciliśmy własną wolność,
Oddając ją we władanie elektronicznego krzywego zwierciadła.
Odrzuciliśmy wszelką znaną dawniej godność,
W myśl nowoczesności liberalnej abecadła.
Nie chcemy już widzieć rozmówcy twarzy,
Zależni od zasięgu jedynego życia sieci.
O dobrobycie innych wygodnie się marzy,
Klikając lajki dla biednych, afrykańskich dzieci.
Sami siebie pragniemy zaprzepaścić,
Pokolenie skrytych koniobijców,
Oraz po drinku dających się pieścić,
Gimnazjalnych pustych lasek, świat cnót morderców...
Oddając ją we władanie elektronicznego krzywego zwierciadła.
Odrzuciliśmy wszelką znaną dawniej godność,
W myśl nowoczesności liberalnej abecadła.
Nie chcemy już widzieć rozmówcy twarzy,
Zależni od zasięgu jedynego życia sieci.
O dobrobycie innych wygodnie się marzy,
Klikając lajki dla biednych, afrykańskich dzieci.
Sami siebie pragniemy zaprzepaścić,
Pokolenie skrytych koniobijców,
Oraz po drinku dających się pieścić,
Gimnazjalnych pustych lasek, świat cnót morderców...
środa, 18 marca 2015
C(iii)iersz
Ćmiąc ćmy z w pośpiechy nabitej, zaćmionej, różowej lufki,
Ćwicząc ćmowego dymu artystyczne wypuszczanie,
Ćwiarteczka ze stołu krzyknęła! Sranie w banie!
Ćpać Ci nada, by wytworzyć całe to rymowanie. Ćpaj sznurówki!
Ćwiarteczkę najczystszej z kartofli domowej wódki podniósłszy, aplikuję,
Ćwieczek ten chłodny, ostro-słodki wbijając w sponiewierane myśli,
Ćwierkającą bezsensownego tworzenia zasady zmorę płynącą wśród liści,
Ćmiąc lufkę omijam, podając lufkę. Ćpaj towarzyszko, Ja wtenczas ponad racjonalności bramy wzlatuję!
Ćwicząc ćmowego dymu artystyczne wypuszczanie,
Ćwiarteczka ze stołu krzyknęła! Sranie w banie!
Ćpać Ci nada, by wytworzyć całe to rymowanie. Ćpaj sznurówki!
Ćwiarteczkę najczystszej z kartofli domowej wódki podniósłszy, aplikuję,
Ćwieczek ten chłodny, ostro-słodki wbijając w sponiewierane myśli,
Ćwierkającą bezsensownego tworzenia zasady zmorę płynącą wśród liści,
Ćmiąc lufkę omijam, podając lufkę. Ćpaj towarzyszko, Ja wtenczas ponad racjonalności bramy wzlatuję!
Pisze, chyba.
Myślę przez chwilę,
O całym długim, ciężkim dniu.
Boję się, że coś pomylę,
I na kryształową piękność naniosę zbędnego brudu.
I próbuję spisać to wszystko,
Uśmiech, wzrok, głos i bliskość.
I kiedy jestem już ostateczności blisko,
Błyska mi przed okiem pisania możliwość.
Nie chcę jej gonić,
Życie jest piękne.
O całym długim, ciężkim dniu.
Boję się, że coś pomylę,
I na kryształową piękność naniosę zbędnego brudu.
I próbuję spisać to wszystko,
Uśmiech, wzrok, głos i bliskość.
I kiedy jestem już ostateczności blisko,
Błyska mi przed okiem pisania możliwość.
Nie chcę jej gonić,
Życie jest piękne.
sobota, 14 marca 2015
Poplątetalane
Życie mi się trochę, poplątaliło,
Odrobinę się w nim zawalało,
Na szczęście upadły rzeczy znaczące maliło,
Pozostały tylko miejsca w których aż się pało.
Kocham moje nowe życie,
Ułożone jak rozsypane puzzle.
W chaosie tego porządku zbieram szczęścia muszle.
Na każdej Twoje delikatne odbicie.
Odrobinę się w nim zawalało,
Na szczęście upadły rzeczy znaczące maliło,
Pozostały tylko miejsca w których aż się pało.
Kocham moje nowe życie,
Ułożone jak rozsypane puzzle.
W chaosie tego porządku zbieram szczęścia muszle.
Na każdej Twoje delikatne odbicie.
sobota, 21 lutego 2015
Dwusobowy wyborowy
Ktoś wybiera majonez zamiast musztardy,
O szczęśliwy! Miał tak błahy dylemat.
Na temat mojego można by stworzyć poemat,
Przy którego czytaniu uroczyście strzelałyby salwy.
Przedstawiono mi rozwiązania pozornie proste,
Powodujące w mojej głowie niemały zamęt.
Podjęcie decyzji budzi w moich zmysłach wstręt,
A towarzyszące im myśli rosną niczym drożdże.
W wielkim bólu, wbrew istnienia wymiotnym odruchom,
Podejmuję najstraszniejszą świata decyzję,
O niczym innym już teraz nie myślę,
Marząc o spokoju oddaję cześć alkoholom.
Spójrz na tego nędznego twórcę,
Zamiast wody wybrał herbatę.
Ja swoją decyzją bałem się, że świat obrócę,
Musiałem wybrać kto jeszcze zobaczy słońca poświatę.
O szczęśliwy! Miał tak błahy dylemat.
Na temat mojego można by stworzyć poemat,
Przy którego czytaniu uroczyście strzelałyby salwy.
Przedstawiono mi rozwiązania pozornie proste,
Powodujące w mojej głowie niemały zamęt.
Podjęcie decyzji budzi w moich zmysłach wstręt,
A towarzyszące im myśli rosną niczym drożdże.
W wielkim bólu, wbrew istnienia wymiotnym odruchom,
Podejmuję najstraszniejszą świata decyzję,
O niczym innym już teraz nie myślę,
Marząc o spokoju oddaję cześć alkoholom.
Spójrz na tego nędznego twórcę,
Zamiast wody wybrał herbatę.
Ja swoją decyzją bałem się, że świat obrócę,
Musiałem wybrać kto jeszcze zobaczy słońca poświatę.
piątek, 20 lutego 2015
Miejsce
Znajduje w życiu ostatnio,
Odrobinę miejsca dla Boga.
Pomiędzy jednym, a drugim papierosem,
Odnajduję go, momentalnie, przed własnym nosem.
Pokazuję mu jak bardzo zawiła mojego życia droga,
A on chwilę nadziei daje i ucieka z dymem- słodka wiary agonio.
Odpalając kolejne śmierci zawiniątka,
Po cichu liczę, że z kolejnym oddechem,
Pozostanie przy mnie Bóg- Panem.
Jako dobry rak, jak w zoo zwierzątka.
Nikt nie odwiedza pustych klatek.
Odrobinę miejsca dla Boga.
Pomiędzy jednym, a drugim papierosem,
Odnajduję go, momentalnie, przed własnym nosem.
Pokazuję mu jak bardzo zawiła mojego życia droga,
A on chwilę nadziei daje i ucieka z dymem- słodka wiary agonio.
Odpalając kolejne śmierci zawiniątka,
Po cichu liczę, że z kolejnym oddechem,
Pozostanie przy mnie Bóg- Panem.
Jako dobry rak, jak w zoo zwierzątka.
Nikt nie odwiedza pustych klatek.
niedziela, 15 lutego 2015
Czekajac
Wtedy, gdy leżąc obok,
Ciało domaga się więcej,
Chcąc zaspokoić zmysły prędzej,
Niż rozwieje się ich niedosytu obłok.
Ale również gdy patrząc,
W wymarzoną wspólną przyszłość.
Widząc w niej miejsce na miłość,
Męczy się wiecznie czekając.
Pragnienia,
Marzenia,
One nie chcą wisieć w przyszłości.
Nawet gdy widzą, że tak trzeba.
Chcą uchylić nam kawałek nieba,
Pozwalając szczęścia rybę zjeść do samych ości.
Lecz wtedy co ze szczęściem będzie?
Na miejsce dawnej ryby zapewne ławica przybędzie.
Ciało domaga się więcej,
Chcąc zaspokoić zmysły prędzej,
Niż rozwieje się ich niedosytu obłok.
Ale również gdy patrząc,
W wymarzoną wspólną przyszłość.
Widząc w niej miejsce na miłość,
Męczy się wiecznie czekając.
Pragnienia,
Marzenia,
One nie chcą wisieć w przyszłości.
Nawet gdy widzą, że tak trzeba.
Chcą uchylić nam kawałek nieba,
Pozwalając szczęścia rybę zjeść do samych ości.
Lecz wtedy co ze szczęściem będzie?
Na miejsce dawnej ryby zapewne ławica przybędzie.
wtorek, 27 stycznia 2015
Ludzie
Podzielić ich w życiu mogę na jasne kategorie,
Określane przez banalne zdawałoby się słowa.
Ktoś pewnie powie, że to moje fantasmagorie,
Lecz wtedy ja zacznę objaśniać mu od nowa:
Ludzie pierwszej kategorii,
Ci w życiu moim są zawsze ważni.
W odniesieniu do nich dzień dobry dźwięczy, do widzenia drażni.
Ludzie kategoria druga,
Zwykli przeciętni, obdarzeni przeciętnością słowa.
Wobec nich jedynie obojętnym dzień dobry zajęta moja głowa.
Kategoria trzecia ludzi,
Czyli tacy którym z czystą przyjemnością,
krzyczę żegnaj, a słowo witam- staje mi gardle upartą ością.
Określane przez banalne zdawałoby się słowa.
Ktoś pewnie powie, że to moje fantasmagorie,
Lecz wtedy ja zacznę objaśniać mu od nowa:
Ludzie pierwszej kategorii,
Ci w życiu moim są zawsze ważni.
W odniesieniu do nich dzień dobry dźwięczy, do widzenia drażni.
Ludzie kategoria druga,
Zwykli przeciętni, obdarzeni przeciętnością słowa.
Wobec nich jedynie obojętnym dzień dobry zajęta moja głowa.
Kategoria trzecia ludzi,
Czyli tacy którym z czystą przyjemnością,
krzyczę żegnaj, a słowo witam- staje mi gardle upartą ością.
poniedziałek, 19 stycznia 2015
Podroz przez odcienie nicosci
Jadąc w szare miasto,
Szarym tramwajem.
Przez okno oglądam to fiasko
Szarym tramwajem.
Przez okno oglądam to fiasko
Życia, które nie chce pachnieć majem.
Z szarych, ponurych bilbordów,
Pozornie kolorowi ludzie sprzedają,
Obłudne kredki fałszywego koloru-
Pozornie kolorowi ludzie sprzedają,
Obłudne kredki fałszywego koloru-
Szarym ludziom takie wystarczają.
Biedni zszarzali ludzie miasta,
Zapomnieli nieraz o prawdziwych
Zapomnieli nieraz o prawdziwych
Kolorach, których nie da żadna pasta.
Jednak mają ich za zbyt naiwnych,
Ci którzy myślą, że ludzie szarzy,
Nie mają siły z tego letargu się przebudzić!
Ci którzy myślą, że ludzie szarzy,
Nie mają siły z tego letargu się przebudzić!
sobota, 17 stycznia 2015
Tak zwani uczniowie
Zwykli nazywać się uczniami swego Pana,
Ci którzy wcale nie chcą jego nauk pojąć.
Głoszą jak wielka od Boga łaska im dana,
Pozwala ciągle pierwsze miejsce świata zająć.
Wielcy korektorzy ludzkości ciągle mogą,
Innym błędy, wady i problemy wytykać.
Właśnie im pozwolono ciągle się wywyższać,
Przecież podążają jedyną życia drogą.
Drobnym szczegółem jest, że droga ta omija,
Dość ważną dla życia dobrych uczniów wskazówkę;
O dostrzeganiu drzazgi, gdy belka oko wybija.
Ci którzy wcale nie chcą jego nauk pojąć.
Głoszą jak wielka od Boga łaska im dana,
Pozwala ciągle pierwsze miejsce świata zająć.
Wielcy korektorzy ludzkości ciągle mogą,
Innym błędy, wady i problemy wytykać.
Właśnie im pozwolono ciągle się wywyższać,
Przecież podążają jedyną życia drogą.
Drobnym szczegółem jest, że droga ta omija,
Dość ważną dla życia dobrych uczniów wskazówkę;
O dostrzeganiu drzazgi, gdy belka oko wybija.
czwartek, 15 stycznia 2015
środa, 7 stycznia 2015
Kochana
Tak bardzo chciałbym przeżyć,
Z Tobą życia swojego resztę.
Ale czasem tak ciężko mi uwierzyć,
Że miłości naszej nie bezczeszczę.
Bo jak przyjąć mogę dar,
Którego nie pojmuję nawet w części?
Trudno uwierzyć w ofiarowany miłości sztandar,
Gdy czuję ogrom własnej bezbarwności.
Ale pragnę wierzyć w wieczność tego szczęścia,
Które pozwala widzieć nie moją i Twoją, lecz naszą przyszłość.
I wierzę, że nie posunie się ono do podłego czmychnięcia,
Zostawiając po sobie jedynie dawnej ryby ość.
Potrafię zobaczyć nie do śmierci,
Ale na wieki.
Potrafię usłyszeć nie głos,
Ale sens życia.
Potrafię poczuć nie dotyk,
Lecz przyjemność największą.
Tak więc pozwól mi czasem wątpić odrobinę,
Gdy razem przez życie idziemy.
Bo właśnie wchodząc na taką pozorną minę,
Doceniam wartość tego, co ciągle w sobie znajdujemy.
Z Tobą życia swojego resztę.
Ale czasem tak ciężko mi uwierzyć,
Że miłości naszej nie bezczeszczę.
Bo jak przyjąć mogę dar,
Którego nie pojmuję nawet w części?
Trudno uwierzyć w ofiarowany miłości sztandar,
Gdy czuję ogrom własnej bezbarwności.
Ale pragnę wierzyć w wieczność tego szczęścia,
Które pozwala widzieć nie moją i Twoją, lecz naszą przyszłość.
I wierzę, że nie posunie się ono do podłego czmychnięcia,
Zostawiając po sobie jedynie dawnej ryby ość.
Potrafię zobaczyć nie do śmierci,
Ale na wieki.
Potrafię usłyszeć nie głos,
Ale sens życia.
Potrafię poczuć nie dotyk,
Lecz przyjemność największą.
Tak więc pozwól mi czasem wątpić odrobinę,
Gdy razem przez życie idziemy.
Bo właśnie wchodząc na taką pozorną minę,
Doceniam wartość tego, co ciągle w sobie znajdujemy.
niedziela, 4 stycznia 2015
Nie dla swiata
Będę głośno tupał i krzyczał!
Zachowasz się jak mała dziewczynka.
Nie ważne, w razie potrzeby będę beczał!
I tak każdy uzna Cię za dawnych idei synka.
Manifest ogłoszę, dłużej wytrzymać już nie mogę,
Jak można patrzeć na świat nazwany globalną wioską,
W której obca twarz z ekranu wyznacza myślom drogę?
Mam dość zgniłego świata w którym większą troską,
Stała zdolność kredytowa dzieci, niż życie rodziców.
Nie chcę świata eutanazji i aborcji.
Tego w którym człowiek to jednostka.
A nieopłacalnych jednostek śmierć- drobnostka.
Boję się myśleć o przyszłości,
Widząc młodego pokolenia defraudację,
Przeprowadzoną w imię myśli pełnej wolności.
Krzyczę basta dla wzorów propagujących,
Mężczyznę bez jakichkolwiek wartości moralnych,
A kobietę w ubikacji- źródło przyjemności oralnych.
Więc wnoszę o masowe świata przebudzenie,
I tej cholernie oświeconej ciemności odrzucenie.
Nie dajmy się obłudnym słowom łatwych idei
Nie pozbawiajmy drugiego wartości, bo tak nam łatwiej życie się klei.
Zachowasz się jak mała dziewczynka.
Nie ważne, w razie potrzeby będę beczał!
I tak każdy uzna Cię za dawnych idei synka.
Manifest ogłoszę, dłużej wytrzymać już nie mogę,
Jak można patrzeć na świat nazwany globalną wioską,
W której obca twarz z ekranu wyznacza myślom drogę?
Mam dość zgniłego świata w którym większą troską,
Stała zdolność kredytowa dzieci, niż życie rodziców.
Nie chcę świata eutanazji i aborcji.
Tego w którym człowiek to jednostka.
A nieopłacalnych jednostek śmierć- drobnostka.
Boję się myśleć o przyszłości,
Widząc młodego pokolenia defraudację,
Przeprowadzoną w imię myśli pełnej wolności.
Krzyczę basta dla wzorów propagujących,
Mężczyznę bez jakichkolwiek wartości moralnych,
A kobietę w ubikacji- źródło przyjemności oralnych.
Więc wnoszę o masowe świata przebudzenie,
I tej cholernie oświeconej ciemności odrzucenie.
Nie dajmy się obłudnym słowom łatwych idei
Nie pozbawiajmy drugiego wartości, bo tak nam łatwiej życie się klei.
piątek, 2 stycznia 2015
Moj strach
Pojawia się niepozornie z tyłu,
Głowy. Zdaje się być nieszkodliwy.
Nie ma nawet określonego tytułu,
A żywot jego nie jest zbyt ruchliwy.
Wygląda jakby był martwy,
Ale tylko takim chce mi się jawić.
Tak naprawdę napęd jego zdarty,
Ale on nie skończył się mną bawić.
Ostatkiem sił zza kulis szepcze,
Niczym niezwykle wprawiony sufler.
Nieszczęśliwa będzie z tobą jeszcze!
Podsuwa dyskretnie obraz bolesny,
Na którym krzywdzę Cię, nie szczęście daję.
Do końca zabić go nie mogę- byt jego bezcielesny.
Głowy. Zdaje się być nieszkodliwy.
Nie ma nawet określonego tytułu,
A żywot jego nie jest zbyt ruchliwy.
Wygląda jakby był martwy,
Ale tylko takim chce mi się jawić.
Tak naprawdę napęd jego zdarty,
Ale on nie skończył się mną bawić.
Ostatkiem sił zza kulis szepcze,
Niczym niezwykle wprawiony sufler.
Nieszczęśliwa będzie z tobą jeszcze!
Podsuwa dyskretnie obraz bolesny,
Na którym krzywdzę Cię, nie szczęście daję.
Do końca zabić go nie mogę- byt jego bezcielesny.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)